wtorek, 9 lipca 2013

Drugi


Franek przez całą noc dawał mi mocno popalić. Może dlatego, że rosną mu kolejne ząbki i przez to jest nieznośny. Jednak rano wrócił mój wesoły, pełen energii synek. Wspólnie zjedliśmy śniadanie składające się z naleśników z sosem truskawkowym – jego ulubionym. Po przepysznym śniadaniu niestety musiałam udać się do pracy, którego miałam zostawić pod opieką Anki.
W drodze do pokoju Franka zadzwonił mój telefon. Sięgnęłam do kieszeni swoich jeansów i wyciągnęłam go. Jako menedżer hotelu na którego mianował mnie ojciec, który nie przebywa w Polsce lecz mieszka w Madrycie wraz z mamą i trójką moich braci mogłam pozwolić sobie na odrobinę swobody. Może to brzmi banalnie – córka szefa sieci hotelów ma łatwiej – ja nie miałam. Zwłaszcza wtedy kiedy na świecie pojawił się Franek. Musiałam pogodzić rolę matki z rolą szefowej hotelu. Moi bracia woleli zająć się piłką nożną, niż hotelami ojca. Dlatego po ukończeniu studiów w Barcelonie przyjechałam do Polski rządzić jednym z jego hoteli.
Wracając jednak do telefonu, na wyświetlaczu pojawił się numer Anki. Przycisnęłam zieloną słuchawkę słysząc zachrypnięty głos dziewczyny.
~ Cześć Dani. Słuchaj nie dam rady dzisiaj zająć się Frankiem. Wczoraj chyba mnie przewiało i nie jestem w stanie ruszyć się z łóżka. Mam gorączkę i nie daję rady.
- Biedna. Pewnie, nie ruszaj się z domu a najlepiej idź do lekarza – powiedziałam ze współczuciem, wchodząc do pokoju syna i sadzając go na podłodze wśród misi. Podeszłam do szafy w poszukiwaniu jakiegoś ubrania dla Franka.
~ Przepraszam Cię bardzo. Nie miałam tego w planach – jej głos naprawdę brzmiał przerażająco.
- Rozumiem, nie denerwuj się kochanie. Wezmę Franka ze sobą. Poradzimy sobie – uśmiechnęłam się do słuchawki – A teraz leż i odpoczywaj. Ja sobie poradzę a jak nie to mam Gerarda. Do zobaczenia – pożegnałam się i rozłączyłam.
~*~

Od wczorajszego incydentu w pokoju nie mogłem myśleć o niczym innym jak tylko o niej. O jej pełnych, malinowych ustach, pięknych blond lokach i cudownych, błękitnych niczym lazur oczach. Wypuściłem ją dwa lata temu ze swoich rąk a teraz, kiedy myślałem, że wszystko naprawię, znajdę ją i powiem jej o swoich uczuciach okazuje się, że ma dziecko i prawdopodobnie faceta swojego życia. Znalazłem ją przypadkiem, ale niechciane dowiedziałem się o jej dziecku. Czy warto wejść jej teraz w drogę? A może warto spróbować i powiedzieć o uczuciach by potem tego nie żałować?
Moje rozmyślania przerwał Sergio, który wpadł do pokoju.
- Ubieraj się, idziemy pobiegać. Rozkaz od góry – zakomunikował mało entuzjastycznie, zaglądając do szafy.
- Tylko my? - spojrzałem na Ramosa, który krążył dookoła jak oparzony.
- Ty, ja, Pique, Fabregas, Cazorla i Andres – nikt nie miał na tyle odwagi zwracać się do Andresa po nazwisku. Tak samo do Xaviego.
- Czemu akurat tak? - próbowałem go zrozumieć, ale nie wychodziło mi to.
- Trener tak zdecydował. Mamy pobiegać po okolicy z trenerem od przygotowania fizycznego – chcąc nie chcąc musiałem się z nimi udać na to bieganie.
Przebrałem się w dresowe spodenki z herbem Hiszpanii, koszulkę Nike, naciągając na nogi adidasy. We dwoje z Sergio zeszliśmy po schodach na dół, gdzie pod nogi wpadło mi coś. Kiedy tylko pochyliłem się by sprawdzić co to, podbiegła do nad Dani zabierając sprawcę zamieszania spod moich nóg.
- Franuś – mruknęła do blondasa, który wsadził paluchy do buzi i zaśmiał się wesoło – To nie jest śmieszne, młodzieńcze. Dzisiaj jesteśmy we dwoje i musisz się mnie słuchać.
- Brat? - rzucił zdawkowo Sergio, uśmiechając się do chłopca, który zaczął go zaczepiać.
- Syn – powiedziała Dani, na co ja głośni przełknąłem ślinę – Ma na imię Francesc ale wszyscy mówią na niego Frankie albo Franco. Ja mówię na niego Franek, po polsku.
- Cześć Frankie. Będę mówił mu Frankie, łatwiej do wypowiedzenia – obrońca reprezentacji posłał jej ten swój markowy uśmiech na który leciała każda baba która była obok. Dani niepewnie uśmiechnęła się do niego.
~*~

Franek był dzisiaj naprawdę nieznośny. Może dlatego, że był w swoim ulubionym miejscu? Kiedy tylko przyjeżdżał tutaj z Anką czy ze mną dostawał wariacji. W drodze powrotnej do domu zwykle zasypiał. Tutaj miał pole do popisu – kilka boisk, dużą przestrzeń i dużo zainteresowanych nim osób. Raj dla niego. Franek uwielbia być w centrum uwagi. Teraz kiedy w hotelu byli piłkarze...
- Kogoś mi przypomina... - zagadnął Sergio, a ja rzuciłam zdawkowe spojrzenie Nando.
- Oczywiście, że mamusie – zaśmiałam się nerwowo, odrzucając blond loki do tyłu – Przepraszam was, ale muszę iść. Widzę, że i wy musicie gdzieś iść więc wam z Frankiem nie przeszkadzamy. Do zobaczenia!- pożegnałam się pospiesznie i z synem na rękach pokierowałam się do swojego gabinetu. Dzięki hojności ojca mogłam spokojnie małego zostawić w pokoju obok, gdzie miał telewizję, masę zabawek i swoje łóżeczko gdyby zachciało mu się spać. Wiedziałam, że teraz mam kilka godzin spokoju i mogę zająć się pracą.
Miliony cyferek, miliony telefonów – to co 'uwielbiam' najbardziej. Praca jako prezesa hotelu albo jak kto woli menedżera nie jest łatwa. Co prawda mam wielu ludzi pod sobą, którymi mogłabym obarczyć swoimi obowiązkami, jednakże obiecałam ojcu, że będę dbała o niego osobiście i to robię. Staram się przynajmniej.
- Mami – z wiru liter, które miałam przed oczami i układały się w wyrazy tworzące zdania, wyrwał mnie głos mojego synka.
- Co się stało kochanie? - spojrzałam na niego z czułością, głaszcząc go po blond czuprynie. Co jak co, ale kolor włosów ma po mnie. Choć z twarzy przypomina ojca, coś udało mu się odziedziczyć po matce. Niektórzy mówią, że nawet uśmiech ma mój! Brawo dla moich genów, które się nie poddały. Po co po świecie ma chodzić jeszcze jeden Torres?

- Am – przytulił się do moich kolan, wyjawiając co tak naprawdę potrzebuje.
- Chodź, pójdziemy do Igora. Może ma dla nas coś dobrego – z Frankiem porozumiewałam się w hiszpańskim i polskim. Nie chciałam by zapominał kim jest w obu połowach. Dlatego dbałam o to by znał płynnie hiszpański i polski.
Wzięłam syna na ręce, opuszczając gabinet. Przeszliśmy duży hol, jadalnie i wkroczyliśmy do kuchni, gdzie piątka cudownie gotujących ludzi tworzyła cuda. Uwielbiałam kuchnię Igora. Pozwalał on też swoim pomocnikom na odrobinę fantazji przez co dania były wyśmienite. Wśród nich jednak zakręcił się też kucharz reprezentacji Hiszpanii.
- Kogo my tu mamy? Przyszły piłkarz – uradował się na nasz widok Igor – No i jego cudowna mamusia. Co się stało?
- Franuś jest głodny – pogłaskałam małego po plecach – Masz coś dobrego i dla niego i dla mnie? Sama przy tych papierkach zgłodniałam.
- Oczywiście – pokiwał głową brunet – Mam zupę pomidorową, w przygotowaniu puree i sos. Chciałem ugościć piłkarzy ale Gonzalo mi nie pozwala – westchnął ociężale, krążąc wokół garnków.
- Co się przejmujesz? I tak przyjdą się porządzić i dogodzić wieczorem. Oni uwielbiają nocne schadzki w kuchni – zaśmiałam się, sadzając małego przy stole.
- Wiem, byli tu już raz. Jeden nawet próbował coś po polsku sklecić ale nie za dobrze mu szło – wykrzywił usta w grymasie, podając talerz mi i mojemu synowi.
- Zapewne Gerard, mój kuzyn i chrzestny Franka. Najlepiej po polsku wychodzą mu przekleństwa – zaśmiałam się, pomagając synkowi w jedzeniu jak i dmuchając by nie było za gorące.
- Możliwe. Najedli się i wtedy dopiero poszli spać. Śmiałem się z nich bo cieszyli się jakby pierwszy raz jedli coś takiego.
Po przepysznym obiedzie Franek wrócił do pełni sił. Zaczął wariować, biegać po całym hotelu. Nie nadążyłam za nim, dlatego ucieszyłam się, kiedy wpadł w łapy....Fernando. Chociaż może i nie do końca. Moje serce zabiło dwa razy szybciej i mocniej, czułam jak obija się o moją klatkę piersiową, chcąc z niej wyskoczyć. Próbowałam jak najspokojniej i bez stresu podejść do niego i odebrać chłopca.
Tuż obok niego zmaterializował się Trener del Bosque. Teraz musiałam być naprawdę bardzo profesjonalna.
- Dzień dobry trenerze – przywitałam się, z uśmiechem i delikatnym skinięciem głowy.
- Witam panią prezes – mężczyzna odwzajemnił uśmiech, spoglądając na piłkarza z chłopcem na rękach – Torres czyje ty dziecko znowu obracasz? - rzucił w kierunku chłopaka na co ja zaśmiałam się.
- Moje – powiedziałam a uśmiech nie schodził mi z twarzy – Frankie na pewno zaczepił Fernando. Uwielbia nowych ludzi i kiedy wszyscy zwracają na niego swoją uwagę.
- Bardzo podobny do Pani. Torres, zostaw to dziecko i idź się wykąp. Wieczorem mamy trening – zakomunikował del Bosque i zniknął nam z pola widzenia.
- Ile ma?
- Siedemnaście miesięcy – odparłam, unikając jego pięknych, brązowych oczu. Nie nalegałam na kontakt wzrokowy. Nie chciałam.
- Masz kogoś? - wypalił blondyn a ja spojrzałam na niego jak na idiotę. Serio? O tym chce ze mną rozmawiać?
- Przy tylu obowiązkach i zajęciach nie mam czasu na to by z kimś być, Fernando – powiedziałam spokojnie – Moim mężczyzną jest Frankie i to się nie zmieni – dodałam, wyciągając ręce w kierunku chłopca, który za nic nie chciał ze mną iść.
- Ja i Olalla rozwiedliśmy się – ciągnął dalej temat, a ja jakoś nie miałam ochoty rozmawiać o związkach, jednak postanowiłam go wysłuchać – Dzieciaki zostają ze mną, bo...Olalla jest ciężko chora. Nie chciała by dzieci widziały ją w takim stanie. Wyjeżdża na turnus lecznicy do Włoch na pół roku – w tej chwili zrobiło mi się go naprawdę szkoda. Tyle złego wydarzyło się w jego życiu a on nadal robi to co kocha, gra w piłkę. Spojrzałam na niego ze współczuciem.
- Nie wiedziałam – szepnęłam – Ale, skoro ona jest chora...czemu zgodziłeś się na rozwód?
- To wszystko wyszło w trakcie rozprawy rozwodowej. To była nasza wspólna decyzja, ten rozwód. Rozstaliśmy się w miłych stosunkach – widziałam, że ten temat przynosi mu ból, dlatego zdecydowałam się nie ciągnąc tego tematu.
- Przykro mi – poklepałam go po ramieniu – Jeżeli będziesz chciał pogadać czy coś, wiesz gdzie mnie znaleźć. Franek, chodź – wyciągnęłam ręce w kierunku syna, który wtulił się w ramię Torresa.
- Chyba idzie ze mną – zaśmiał się blondas.
- Nie żartuj sobie, młody. Idziemy, mama ma dużo pracy – czekałam dalej aż jednak może przyjdzie mi na ręce.
- Masz dużo pracy? To ja się nim zajmę. Wiesz do wieczora mamy trochę czasu, a ty spokojnie popracujesz i zrobisz co swoje – zaproponował Fernando. Jak by nie było jest jego ojcem, mimo że tego nie wie. Ale czy to był dobry pomysł.
- Mógłbyś? Już raczej ma dość bajek i swoich zabawek – wypaliłam. Pod wpływem impulsu postanowiłam się zgodzić! Będę tego żałowała, oj będę.
- Pewnie. Sergio mi pomoże – zaśmiał się blondas – To co młody, idziemy do mnie, pogramy, pooglądamy coś.
- Tia – kiwnął głową uradowany Franek i oboje z Fernando zniknęli w windzie.


~*~
Przepraszam! Rozdział miał być w niedziele a wyszło nie po mojej myśli. -,- dobrze, że mam w zapasie kilka to nie muszę się na razie męczyć. trochę się narobiło i teraz na razie mam mało czasu. następny w piątek, obiecuję! :)

3 komentarze:

  1. Świetny rozdział, Torresowi zależy na Danieli i to widać, z niecierpliwością czekam na kolejną cześć i pozdrawiam :* :D

    OdpowiedzUsuń
  2. cudny rozdział Franek zachowuje się tak jakby wyczuł że Fernando jest jego ojcem
    ja również z niecierpliwością czekam na kolejny

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż bardzo podoba mi się Twój styl pisania. Opowiadanie zapowiada się ciekawie i niekonwencjonalnie, poza tym postaci są całkiem nieźle nakreślone.
    Czekam na kolejny rozdział, proszę informuj mnie o nowościach. Wpiszę sobie twój blog do moich czytadeł.
    Przy okazji zapraszam na mój nowy blog pt Ensueno
    http://ensuenoo.blogspot.com/ - dopiero prolog i pierwszy rozdział także nie ma wiele do nadrabiania. A jeśli chcesz się pośmiać to polecam jeszcze Siostrzyczki- czyli historię o pięciu zawodnikach Realu przebywających w żeńskim klasztorze.
    http://siostrzyczkii.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń