środa, 24 lipca 2013

Szósty

Ostatnie dwa dni spędziłam poza granicami kraju. Byłam w Berlinie w sprawach służbowych. Oczywiście zabrałam ze sobą Franka, który tęsknił za Fernando i całą zgrają La Roją. Zresztą ja też. Przyzwyczaiłam się do nich mimo że są w Polsce dopiero kilka dni.
Wróciliśmy z Frankiem do domu akurat przed samym meczem Hiszpanii z Irlandią. Mój syn wyspał się w samolocie przez co był pełen energii. Włączyłam kanał na którym leciał mecz a sama udałam się na górę by przebrać się w coś wygodnego i samej zasiąść przed telewizorem. Chciałam zobaczyć Fernando w akcji jak i cały zespół. Może dzisiaj ustrzelą i wygrają?
Po dziesięciu minutach przebrana zeszłam na dół, gdzie Franek z radością oklaskiwał swojego ojca, którego pokazano w telewizji z przybliżenia. Uśmiechnęłam się do siebie, zasiadając obok swojego syna na ziemi po turecku.
- Kto tam jest, hm? - spytałam, spoglądając na niego.
- Papa – powiedział po hiszpańsku a ja pocałowałam go w czółko.
- Tato Cię kocha, wiesz? Bardzo – szepnęłam, po chwili podnosząc się z ziemi i kierując do kuchni. Zrobiłam swojemu synowi gofry, które uwielbiał z polewą truskawkową a sobie kilka kanapek. Na szczęście nie musiałam bawić się z przygotowaniem ciasta, bo Anka od czasu do czasu lubiła podrzucać mi coś świeżego do lodówki kiedy ja nie miałam czasu na gotowanie.
Wróciłam do pokoju, gdzie Franuś stał przed samym telewizorem, gryząc pilota.
- Kochanie, masz jedzenie – odparłam, stawiając talerzyk na ławie – Nie gryź tego, bo to nie dobre jest- zabrałam mu pilot po czym zasiadłam na kanapie, rozpoczynając konsumpcje kanapek.
Mecz zakończył się wynikiem 4:0 dla Hiszpanii a Fernando był strzelcem dwóch bramek. Niestety nie miałam okazji widzieć wszystkich bo Franek usnął mi na kolanach. Musiałam więc przebrać bo delikatnie w pidżamę i położyć spać, przez co upłynęło dobre dwadzieścia minut.
Po meczu załapałam się jednak na wywiady z piłkarzami. Wśród nich był właśnie Torres.
Reporter: Jest pan strzelcem dwóch bramek. Dla kogo pan je dedykuje?
Fernando: Pierwszą bramkę dedykuję swoim dzieciom, Leo i Norze zaś pierwszą dwóm specjalnym osobą, dzięki którym znowu odnalazłem sens życia.
Reporter: Ostatnio widziano pana w towarzystwie pięknej blondynki. Możemy poznać jej imię?
Fernando: Jest kobietą, która była ważna od początku i niech tak zostanie. Dowiecie się o niej więcej w swoim czasie.
I sobie poszedł. Czy on właśnie zadedykował nam jedną z bramek? I uznał mnie za najważniejszą kobietę na świecie? Za dużo pytań i za mało odpowiedzi.
Następnego dnia Anka przyjechała do Franka a ja mogłam spokojnie iść do pracy. Umówiłyśmy się, że o piętnastej przywiezie małego do hotelu na prośbę Fernando, który ma czas dla siebie.
Hotel opustoszał tylko dlatego, że piłkarze dostali czas wolny i szaleją po Gdańsku sami albo z rodzinami. Nando zdradził mi, że planuje spędzić trochę czasu z dziećmi, które ma z Olallą czyli Norą i Leo. Ja mogłam spokojnie nadrobić dokumentacje która nazbierała się przez ostatnie dwa dni.
Moje poczynania przerwał dzwoniący telefon a na wyświetlaczu pojawiła się uśmiechnięta twarz Fernando i Franka, którego trzymał na rękach.
- Słucham? - powiedziałam mimowolnie uśmiechając się do siebie.
~ Co robisz? - usłyszałam przyjemny głos blondasa w słuchawce.
- Właśnie bawię się z papierkami. Dwa dni mnie nie było a nazbierało się tego.
~ Słuchaj, czy mogłabyś przyjechać do Gdańska? Z Frankiem? Mój prawnik chce się spotkać w sprawie zmiany nazwiska naszego syna i potrzebna jesteś.
- Nie ma sprawy, będę za godzinę, dobrze?
~~ Będę czekał na molo. Znajdziemy się jakoś. Zadzwoń jak będziesz na miejscu.

Po skończeniu ważniejszych rzeczy, udałam się po Frankie'go i pojechaliśmy do Gdańska. Chłopiec usnął mi w drodze, przez co musiałam go usadzić w wózku, gdzie dalej kontynuował sen. Udałam się spacerem na molo, gdzie namiętnie, wśród ludzi poszukiwałam swojego piłkarza. Czy ja właśnie nazwałam Fernando swoim? Chyba tak! Zapędziłam się chyba trochę.
- Daniela! - usłyszałam wołanie piłkarza za swoimi plecami. Odwróciłam się z wózkiem widząc uśmiechniętego Fernando z dużym bukietem czerwonych róż, trzymając za rękę Norę, która trzymała za rękę swojego młodszego brata.
- Gdzie twój prawnik? - zainteresowałam się, mrużąc oczy.
- Chciałem cię oderwać po papierkowej roboty, żebyś trochę odpoczęła i spędziła z nami czas. Ze mną, Frankiem i przy okazji poznała moje dzieci – wręczył mi bukiet róż z uśmiechem.
- Dziękuje – podziękowałam za kwiaty, wdychając przyjemny zapach róż – A więc kłamałeś? - zaśmiałam się.
- Zrobiłem to dla twojego dobra – spojrzał na mnie znacząco, a ja pokiwałam tylko głową.
- To co robimy?
- Lody! - zawołały żywo dzieciaki.
- No to lody – uśmiechnęłam się, dorównując im kroku.
Wstąpiliśmy do jednej z najlepszej kawiarni, która serwuje wspaniałe lody, w Gdańsku. Zajęliśmy miejsce na zewnątrz, bym nie musiała się pakować z wózkiem do środka. Dzieciaki z moją pomocą wybrały ulubiony smak i oczekiwaliśmy na realizacje zamówienia.
- Fernando? - zaczęłam, spoglądając na niego – Widziałam wywiad po meczu. Dziękuje, za to, że zadedykowałeś nam bramkę. Cieszę się, że jesteśmy dla Ciebie ważni. A zwłaszcza Franek. Należy mu się.
- Mówiłem Ci już wcześniej, że jesteście dla mnie ważni. To dzięki Tobie, znalazłem odpowiednią drogę w życiu.
- Przepraszam, że nie mogę Ci powiedzieć tego samego – spuściłam głowę, czując jego dłoń na swojej.
- Spokojnie. Wiem, że nie jestem Ci obojętny. Nie po tym co zdarzyło się kilka dni temu. Poczekam. Nauczyłem się czekać – uśmiechnął się delikatnie, a ja odwzajemniłam gest.
- Dani – podbiegła do mnie Nora, wspinając mi się na kolana – Kto to jest? - pokazała na wózek, gdzie leżał Franek.
- To jest mój syn, Franco.
- Nasz syn – poprawił mnie Nando – Wasz brat. Jest najmłodszy z waszej trójki.
- To mój brat? Super! - uradowała się Nora, kiedy kelnerka przyniosła nasze zamówienia.
- Czyli Dani będzie naszą nową mamusią? - wypaliła mała.
- Nie, kochanie – pogłaskałam ją po główce – Wasza mama to Olalla i bardzo was kocha. Ja będę tylko Dani. Mamą waszego braciszka.
W trakcie rozkoszowania się wspaniałymi lodami, obudził się mój mały blondasek, który miał w zwyczaju poprzytulać się po przebudzeniu do mnie. Jednak dzisiaj zdecydował się na Fernando, któremu nie przeszkadzało jednak Leo nie wiedział co ze sobą zrobić. Dlatego zdecydowaliśmy się na spacer po plaży, wcześniej zostawiając wózek w samochodzie.
- Daniela – Fernando spojrzał na mnie uważnie, przybierając poważną minę – Co będzie po Euro? Chciałbym się widywać z Frankie'm jak najczęściej.
- Jeszcze o tym nie myślałam – przyznałam – Moje miejsce jest tutaj, w Polsce. Nie wiem jak długo, ale wiem, że kocham ten kraj. Franek też.
- Chcesz by Franek wychowywał się tutaj? Beze mnie?
- Jesteś jego ojcem. Będę się starała jak najczęściej przyjeżdżać do Londynu ale ty musisz odwdzięczyć się tym samym i przyjeżdżać do Gdańska – widziałam jak na jego twarzy maluje się irytacja – Wiem, że chciałbyś nas mieć przy sobie ale...
- Dość – przerwał mi – Muszę odwieźć dzieci do rodziców.
- Fernando...
- Nic już nie mów. Wiem, na jakiej płaszczyźnie stoję. Do zobaczenia w hotelu – zbył mnie i takim to sposobem zakończył się nas dzień, który wydawał się wyjątkowy dla mnie i dzieci. Boże jaka ja jestem głupia! Ale nie mogę zostawić hotelu bez opieki. Tato by mi tego nie wybaczył, że nagle zachciało mi się wyjeżdżać do Londynu. Nie mogę tak po prostu wyjechać, bo Fernando tego chce!
Weszłam do domu, zostawiając Franka na zewnątrz, który bawił się w ogrodzie. Humor gwałtownie mi się zepsuł, przez co nie miałam ochoty na nic. Byłam sfrustrowana i niepewna wszystkiego co powiedziałam na plaży do Fernando. Czy rzeczywiście tak myślę? Nie wiem. Sama już nie wiem co myślę i czy dobrze robię. Zgłupiałam. Stałam się marionetką własnych odczuć i zdrowego rozsądku a nie tego co chciałabym, by być szczęśliwą. Logika wzięła w łeb a ja sama czułam, że jeszcze chwila a się rozpłaczę.
Moje przemyślenia przerwał głos Anki, która zjawiła się jak na zawołanie. Musiałam się komuś wygadać. Jednak dziewczyna nie przyszła sama bo w towarzystwie Jordiego Alby.
- No ładnie, już się prowadzasz z piłkarzem? - zaśmiałam się, zakładając ręce na biodra.
- Zgubił się – wzruszyła ramionami – A tak serio to naprawdę bardzo miły chłopak – uśmiechnęła się znacząco a na jej twarz wpełzł rumieniec.
- Cześć Jordi – przywitałam się po hiszpańsku – Widzę, że szybko załapałeś kontakt z piękną polką.
- Masz racje, Anka jest piękna – uśmiechnął się do mnie i puścił oczko – Gdzie masz swojego cudownego syna?
- W ogrodzie. Kopie piłkę. Dobrze, że przyszedłeś to będzie miał z kim grać – zaśmiałam się na co piłkarz mi zawtórował.

- To ja do niego pójdę. Wy sobie poplotkujcie – tak jak powiedział tak zrobił.
- Boże, jaki on jest kochany – sapnęłam, na co Anka się roześmiała.
- Sorry kochanie, ale już jest zaklepany – obie weszłyśmy do kuchni, gdzie nastawiłam wodę na kawę.
- Chciałabym mieć taki problem miłosny.
- Co się stało? - spojrzała na mnie uważnie Ania.
- Fernando. On bardzo angażuje się w życie Franka i walczy o mnie ale ja...ja się po prostu boję. Boję się, że jeżeli znowu się zaangażuje to to wszystko skończy się fiaskiem.
- Czemu od razu zakładasz, że wszystko jest zesłane na starty? To, że pierwszym razem się nie udało, nie musi znaczyć, że teraz wam nie wyjdzie. Sama mówiłaś, że wiele razy wyznawał Ci swoje uczucia! Daniela, ogarnij się i powiedz mu, co czujesz.
- Ale – zawahałam się – Co z hotelem? Jeżeli nam się uda, Fernando będzie chciał byśmy jechali do Londynu wszyscy razem. A kto się zajmie hotelem i wszystkimi sprawami? Mój ojciec będzie musiał przyjechać wszystko zaczynać od nowa by znaleźć kogoś na moje stanowisko. Kogoś zaufanego.,
- To jego problem. Ty masz być szczęśliwa. A żaden głupi hotel nie może Ci w tym przeszkodzi. Przemyśl sobie to jeszcze raz i zacznij walczyć o swoje szczęście, bo może Ci się wyślizgnąć z rąk.

~*~

Przepraszam, że rozdział nie pojawił się w niedziele ale nie miałam czasu. :) teraz proszę, oddaje w wasze ręce beznadziejny rozdział. ;) 

czwartek, 18 lipca 2013

Piąty

- Franciszek Tymoteusz Bednarek Pique! Wracaj tutaj. Chyba nie chcesz żeby mama spóźniła się do pracy – zawołałam z nutą irytacji, czekając aż mój syn w najgorszym wypadku gdzieś upadnie i zdołam go złapać. Fernando poszedł wcześniej by nie było podejrzane to, że razem przyjeżdżamy do hotelu. Po za tym miał miał niepostrzeżenie wmówić wszystkim, że cały czas był w hotelu. Dochodziła godzina dziesiąta a Franek szalał. Czyli to co wychodziło mu najlepiej. W biegu złapałam go nim wkroczył a raczej stoczył się po schodach. 
- Nie mój drogi, nie bawimy się w kotka i myszkę. W hotelu czeka na nas wujek David i się tobą zajmie, puki Anka nie wróci do zdrowia. A teraz, bez wojen i walki masz się poddać żołnierzu – zaczęłam go łaskotać co spotkało się z salwą dziecięcego śmiechu. Nie przestając łaskotać go, wyszliśmy z domu. Wsadziłam go do fotelika w samochodzie i po chwili byliśmy w drodze do mojego miejsca pracy.
Wchodząc do środka na sofie w holu siedział i czekał na nas David. Obiecał, że zajmie się nim kiedy ja muszę nadgonić robotę, żeby mieć więcej czasu dla Franka. David miał podejście do niego. Co się dziwić, jest ojcem dwóch dziewczynek a poza tym zawsze marzył o synu. A puki go nie ma, pobawi się z moim. 
- Co tak długo? Czekam już pół godziny! - zawołał podirytowany Villa, podnosząc się z kanapy. 
- Co ja Ci będę mówić? To Franek dzisiaj miał swoje widzi mi się i nie chciał nigdzie iść – podałam mu chłopca, co spotkało się z radością młodego. 
- Lepiej idź już, bo czekają na Ciebie jakieś szychy z zagranicy. Szprechają po niemiecku – szepnął konspiracyjnie, na co ja się zaśmiałam. 
- Właśnie, kontrahenci nowi! Dzięki, że mi przypomniałeś – poklepałam go po ramieniu i pognałam w kierunku sali konferencyjnej. 
Mieliśmy przedyskutować nową dostawę murawy i budowy nowego boiska z którym chcemy ruszyć pod koniec tego roku. 
Rozmowy ciągnęły się godzinami. Jednak wszystko udało nam się ustalić tak by obie strony były zadowolone. Dochodziła godzina czternasta, a wszyscy Ci, którzy przyjechali bym się zmęczyła i zdenerwowała właśnie odchodzili. Jako jedyna opuściłam sale konferencyjną, wchodząc do swojego gabinetu, gdzie zastałam Fernando. Oparty był o biurko, ze skrzyżowanymi rękoma spoglądając na mnie. 
- I jak? 
- Udało się. Pod koniec roku zaczynamy budowę nowego boiska – uśmiechnęłam się dumnie, odkładając swoje papiery na biurko. 
- Wyjeżdżamy do Gdańska. Tam spędzimy dzisiejszą noc przed meczem – spojrzał na mnie znacząco, mimo tego, że wiedziałam na jakiej zasadzie tutaj są. Jemu chyba bardziej chodziło o sprawę z Frankiem. 
- Załatwię wszystkie potrzebne dokumenty i wspólnie je wypełnimy jak wrócicie tutaj. Dobrze? 
- Chodziło mi raczej o to, byście jutro przyszli na mecz. Ty i Franco. Nie wiem czy wyjdę w podstawowym składzie ale chciałbym, żebyście byli – wyciągnął w moim kierunku dłoń z dwoma biletami. 
- Mecz? Franek będzie wniebowzięty! - uśmiechnęłam się entuzjastycznie . 
- Moi rodzice z Norą i Leo też będą. Będę szczęśliwy, jeżeli dzieci poznają swojego brata. 
- A co z twoimi rodzicami? Będę czuła się nieswojo – odparłam, stając obok niego w tej samej pozycji. 
- Oni na razie nie wiedzą i niech tak zostanie. Powiedz, że jesteś kuzynką Gerarda, nie kłam. Jeżeli będą pytać o Franco, nie kłam. Tylko omiń prawdę o moim ojcostwie – rzucił mi ukradkowe spojrzenie, zaciskając usta w cienką linię. 
- Cieszę się, że przynajmniej Ty znasz prawdę – przyznałam – Nie muszę dźwigać ciężaru tego, że Franek nie ma ojca bo nie powiedziałam tobie o nim. 
- Daniela – blondyn stanął naprzeciw mnie, spoglądając na mnie uważnie – Teraz wszystko się zmieni. Chcę być ojcem dla Frankie'go i będę. Tak samo będę go traktował jak Norę czy Leo. 
- Wierzę Ci, Fernando – szepnęłam, nie odrywając od niego wzroku. Jezu, chyba znowu wpadłam jak śliwka w kompot. Po prostu zakochałam się jak nastolatka! Wiedziałam już wcześniej, że czuję coś do Fernando zwłaszcza w RPA ale teraz kiedy jest blisko, kiedy nie mam tajemnic....czuję się jak nastolatka a przecież mam dwadzieścia cztery lata! Nastolatką już na pewno nie jestem, ale to uczucie mnie nie opuszcza. Mimo że mam syna, obowiązki związane z hotelem i inne problemy i problemiki. 
- A teraz, masz się uśmiechnąć i razem z naszym synem kibicować mi i całemu zespołowi ile tchu macie w sobie. Dobrze? - przybliżył swoją twarz do mojej, zahaczając swoim nosem o mój – Dobrze mi tutaj z Tobą, Dani. 
- Fernando – wymruczałam, a na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech. W odpowiedzi poczułam jak piłkarz bierze mnie w swoje ramiona a moje nogi odrywają się od podłogi. 
- Nie sądzisz, że ktoś może nas przyłapać? A zwłaszcza taki Pique, który wszędzie wchodzi bez pukania?- próbowałam być poważna, ale chyba mi to nie szło, bo czułam, że mimo wszystko moje usta wyginają się w uśmiechu. 
- Mamy pokój rekreacyjny, tak? Nie skrzecz tyle, pani prezes tylko się wyluzuj – na jego ustach pojawił się figlarny uśmiech a w oczach pojawił się błysk. Rozszalał się ten Torres, nie ma co. 
- Dobrze, panie Torres – z moich ust wydobył się melodyjny śmiech. Nie wiedząc kiedy znaleźliśmy się w pokoju obok, zamykając się wcześniej na klucz. Ostrożności nigdy za wiele. Co jeżeli taki Pique czy Fabregas zdecydują się wparować tutaj i zastaną takie widoki? Źle skończyłoby się to dla nas i dla nich. A zwłaszcza dla mnie. Przez 6 miesięcy mojej ciąży Gerard suszył mi głowę tym, że pozwoliłam sobie na jedną noc z Torresem, który ma żonę i dziecko a drugie w drodze. 
Fernando powoli położył mnie na kanapie, nie przestając składać pocałunków na moich ustach. Błądził swoimi rękoma po moim ciele, sięgając w końcu pod moją bluzkę. Odpiął biustonosz, ściągając ze mnie w bardzo ekspresowym tempie górną część garderoby. Byłam przez to do połowy naga. Z uśmiechem szaleńca wręcz, zjechał z pocałunkami do mojej szyi, przyssał się do niej zostawiając duży ślad w postaci malinki. 
- Torres, jak ja będę teraz wyglądać? - jęknęłam, dotykając miejsca z zaczerwienieniem. 
- Pięknie – puścił mi oczko i wrócił do pieszczenia mojego ciała swoimi ustami. Co więcej powiedzieć? Ja będę miała teraz kłopot nie on! Ale zemsta bywa słodka. Kiedy tylko ja znalazłam się nad nim, wpiłam się ustami w jego szyję przy tętnicy, zostawiając również filetowy ślad. Jednak on miał to gdzieś. Interesowały go bardziej inne rzeczy. 
Zmęczona i wypruta z sił leżałam obok niego na podłodze...tak, bo kanapa była za mała dla naszej dwójki. Wtulona w jego nagi tors, uśmiechałam się jak głupi do sera. 
- Która godzina? - zainteresował się w końcu blondyn, rozglądając się w poszukiwaniu swoich spodni, gdzie zapewne miał telefon. 
- Czekaj – mruknęłam, sięgając po swoją torebkę i wyciągając z niej swojego smartfona – Osiemnasta.
- O cholera! - warknął Fernando, zrywając się na równe nogi, zbierając swoją garderobę – Za piętnaście minut wyjeżdżamy do Gdańska a ja jeszcze nie mam spakowanej części ubrań, korków...nic!
- Spokojnie, bo połowę rzeczy pozapominasz a ja Ci ich dowozić nie będę – starałam się go uspokoić, bo wiedziałam jak to się skończy. Nie raz na mistrzostwach w RPA coś zapominał i kogo wykorzystywał? Mnie! Podniosłam się z ziemi, również zbierając ubrania i ubierając je na siebie. 
- Chyba będziesz musiała. Lecę, pa – musnął przelotnie moje usta i w mgnieniu oka opuścił pokój i mój gabinet. 
Ubierając się usłyszałam pukanie do drzwi. Zapewne Davidowi wyczerpała się cierpliwość do Franka i idzie mi go oddać. Poprawiłam tylko swoje włosy i bluzkę, po czym udałam się do drzwi. Miałam racje. W drzwiach stał David trzymający Franka na rękach. 
- Przyszedłem oddać Ci syna, bo jadę z chłopakami do Gdańska. Trener pozwolił to jadę wspierać swoich – podał mi mojego małego blondasa, poprawiając swoją torbę na ramieniu. 
- To znaczy, że będziesz na meczu? Dobrze, bo ja też będę. Gerard nie dałby mi żyć! 
- Ja i Carles na pewno będziemy na meczu. Dotrzymamy wam towarzystwa. A teraz idę, bo pojadą beze mnie! 
- Widzę, że oboje się trzymacie z wujkiem. Jedziemy do domu, co? - pogłaskałam go po główce, całując go w pucołowaty policzek. 

Dziesiąty czerwca, godzina osiemnasta. Pierwszy mecz grupowy Hiszpanów na Euro 2012. Gdańsk. Wspólnie z Frankiem, dla niepoznaki oczywiście, ubraliśmy koszulkę Hiszpanii z numerem trzy i nazwiskiem Pique. W domyśle wspieramy Fernando, ale oczywiście nie zapominając o Gerardzie. Zajęliśmy z Frankiem jedno z miejsc w strefie VIP. 
- Już jesteście! Do trzy Ci w tym kolorze, ale inne nazwisko mogłoby na niej widnieć – obok mnie usiadł Villa z kubkiem coli, a po drugiej stronie usiadł Carles. 
- Ciekawe jakie? - spojrzałam na niego pytająco. 
- Hmm...Torres? - rzucił na co ja aż się wzdrygnęłam. 
- Chyba Cię suty pieką, Villa – warknęłam, poprawiając Franka sobie na kolanach. 
- Widziałem jak wczoraj od Ciebie wychodził. Niby zdenerwowany ale ten cwaniacki uśmiech malował mu się na twarzy. Przyznaj, on już wie o wszystkim i spałaś z nim? 
- Boże, Villa musisz być taki bezpośredni – jęknęłam, nerwowo rozglądając się dookoła. Nie chciałam by przez przypadek dowiedzieli się, co dzieje się w moim hotelu. 
- Przyznaj a dam Ci spokój – drążył dalej temat David. 
- Dobra, spałam z nim! Wie o Franku wszystko. Zadowolony? - zirytowałam się do granic możliwości a Villa z uśmiechem pokiwał głową. 
- Em, przepraszam. Czy ty jesteś Daniela? - usłyszałam za sobą, machinalnie się odwracając i widząc przed sobą postać znanej piosenkarki, Shakiry z którą spotyka się mój kuzyn. 
- Tak – wymamrotałam bo byłam zdziwiona tym, że zaczepia mnie piosenkarka. 
- Gerard mi wiele o tobie mówił – na jej ustach pojawił się uśmiech – Powiedział mi, że będziesz na meczu. Szczerze, zawsze chciałam Cię poznać. Ciebie i twojego syna. 
- Gerard pewnie mówił, że był zapisać go w urzędzie? - zaśmiałam się, ignorując obecność chłopaków, pochłonięta rozmową z Shakirą. 
- Tak – zaśmiała się melodyjnie piosenkarka – Mówił też, że opijał jego narodziny dwa dni, zupełnie jakby był jego własnym synem. 
- Gerard jest cudownym kuzynem i wujkiem. Dzięki niemu nie zwariowałam jeszcze. 
- Ej, dziewczyny! Zaczęło się – poczułam delikatne szturchnięcie od strony Villi. Uśmiechnęłam się przepraszająco do Shakiry i wróciłam do pozycji wyjściowej. 
Wspólnie z Frankiem dopingowaliśmy chłopaków jak się dało. Jednak w drugiej połowie mój syn zdecydował się pozaczepiać Shakirę, która była zachwycona moim synem. Zresztą jak każdy. Wyczekiwaliśmy upragnionego gola Fernando ale niestety nie udało mu się. Cały mecz skończył się remisem, co nie spodobało się chłopakom. Przez chwilę ogarnął mnie niepokój, że coś może pójść nie tak i nie wyjdą z grupy, jednak stwierdziłam, że to niemożliwe. Przecież to Wielka, Niepokonana La Furia Roja. Wychodząc ze stadionu Franek usnął na rękach Carlesa. Byliśmy we trójkę więc jakoś musiałam ich wykorzystać.


~*~


Boziu, nie podoba mi się ten rozdział. jest taki...nijaki. -,- mam nadzieje, że następne mi jakoś pójdą. obecnie zatrzymałam się na siódmym, i nie mogę z nim ruszyć, ale mam nadzieje, że coś mnie natchnie i skończę go o czasie. ;d
następny...w niedziele. ;d 

edit:

zobaczyłam to zdjęcie i od razu się zakochałam. < 3


poniedziałek, 15 lipca 2013

Czwarty


Na zegarze wybiła godzina dwudziesta. Mój mały książę był już wykąpany i gotowy by położyć się spać, tylko był tak bardzo zajęty, że nie spieszyło mu się do łóżka. Jedyne o czym w tej chwili marzyłam to długa, przyjemna i odprężająca kąpiel połączona z lampką wina i dobrą muzyką sączącą się z głośników. Jednak rzadko kiedy mogłam pozwolić sobie na takie rarytasy. Mając Franka mogłam pomarzyć by robić to co dziennie. Co jakiś czas udało mi się zaplanować to by wcześniej położył się spać.
Kiedy mój syn w piżamie walczył z klockami, ja sama ze znudzeniem przerzucałam kanały w telewizorze, rozkoszując się jedynie winem. Ostatnio takie wieczory były dla mnie rutyną. Nie, żebym tego nie lubiła. Wolę spędzać czas z synem niż na jakiś kolacjach biznesowych czy Bóg sam wie gdzie. Jednak brak drugiej połówki odczuwałam z roku na rok. Franek miał gdzieś matki problemy miłosne. Ale ja potrzebowałam jakiegoś męskiego ramienia, które mnie przytuli i zapewni, że mnie kocha i nigdy nie zostawi. Niby nic, ale jednak coś ważnego w życiu kobiety.
Nawet nie zauważyłam, kiedy na zewnątrz zaczęło padać, co mogło zwiastować nadchodzącą burzę. Jakoś zbędnie mi to nie przeszkadzało. Chociaż znowu może się to spotkać z większą ilością brudu przyniesionego przez Frankie'go. Minuty ciągnęły się a moje rozważania przerwał donośny dzwonek, zwiastujący gościa. Odstawiłam kieliszek z winem na ławę, poprawiając swoją nie co rozciągniętą koszulkę kierując się do drzwi. Uchylają je doznałam delikatnego, chociaż może to za mało powiedziane- ogromnego szoku. W drzwiach stał mój Fernando. Tak, nazwałam go swoim...nie można? Nikt przecież oprócz mnie o tym nie wie. Był przemoczony, ubrany w strój treningowy.
- Nando? - szepnęłam, automatycznie wpuszczając go do środka żeby nie zmókł jeszcze gorzej – Skąd ty się tutaj wziąłeś?
- Wyszedłem trochę pobiegać. Chciałem odreagować trochę przed meczem ale złapał mnie deszcz – wyjaśnił.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? - lustrowałam go wzrokiem. Zawsze podobał mi się, kiedy wychodził spod prysznica z mokrymi włosami, bez koszulki jedynie w samych spodenkach. Uwielbiałam go oglądać, rysować na kartkach papieru. Z braku laku przed macierzyństwem właśnie to robiłam. Malowałam, rysowałam, szkicowałam. Teraz mieszkam tu, w Gniewinie z synem i mając na głowie hotel do pilnowania.
- Nie wiedziałem – wzruszył ramionami, bez ostrzeżenia ściągając z siebie koszulkę – Szedłem na ślepo. Chciałem się tylko gdzieś zatrzymać.
- Nie uważasz, że gdyby jakiś fan zobaczył w drzwiach Fernando Torresa to dostałby zawału? - rzuciłam zdawkowo, podchodząc do wielkiej, otwieranej szafy w korytarzu prowadzącym do łazienki. Wyciągnęłam z niej ręcznik, podając go piłkarzowi.
- Trudno. Nie chciałem zmoknąć a do hotelu kawałek jest. Na szczęście trafiłaś się ty i z tego co widzę, jeszcze się trzymasz – uśmiechnął się, spoglądając na mnie znacząco.
- Zdaje się, że mam jakieś ubrania sportowe męskie. Moi bracia co jakiś czas coś zostawiają – zmieniłam temat, wspinając się po schodach na górę.
- Jeżeli nie zrobi Ci to kłopotu, to byłbym wdzięczny – usłyszałam już z góry słowa Torresa i zniknęłam za drzwiami pokoju gościnnego. Nie myliłam się. Zostawili sporo swoich rzeczy. Spodnie, koszulki, bluzy, swetry...zupełnie jakby mieli wrócić za kilka dni. Wyciągnęłam coś, co według mnie pasowałoby na Torresa po czym zbiegłam na dół. Blondyn będąc w samych spodenkach, kucał przy Franku układając z nim klocki. Mimowolnie uśmiechnęłam się sama do siebie, podchodząc do nich.
- Proszę. Jeżeli coś nie będzie pasować, mów poszukam coś innego – wyciągnęłam rękę z ubraniami w jego kierunku. Mężczyzna podniósł się i wziął ode mnie ubrania – Łazienka jest prosto tym korytarzem – wskazałam palcem, delikatnie się uśmiechając.
W międzyczasie, kiedy Fernando był w łazience ja przygotowałam drug kieliszek na wino, by mógł mi dotrzymać towarzystwa. Nie, nie chciałam go spić. Na zewnątrz padał deszcz przez co na pewno trochę zmarzł a wino wspaniale rozgrzewa od środka i zapewnia ciału przyjemną temperaturę.
- Mami – poczułam rączki swojego małego blondasa na nodze.
- Tak synu? - spojrzałam w dół, głaszcząc go po główce.
- Am – spojrzał na mnie tymi swoimi, wielkimi, brązowymi oczkami a ja nie miałam serca mu odmówić. Zrobiłam mu jego ulubione płatki z mlekiem i wspólnie udaliśmy się do salonu, gdzie Franek opychał się. Wiem, że nie powinien na noc się opychać, ale wiem, że nie uśnie na głodno. Postawiłam kieliszek na ławie wypełniając go do połowy winem.
- Nie przeszkadzam Ci? Nie spytałem w sumie – w salonie zmaterializował się Torres, ubrany już w ciuchy które mu dałam.
- Nie nie przeszkadzasz. Właśnie spędzałam nudny wieczór na kanapie, kiedy Franek bawi się w najlepsze. W sumie, fajnie, że wpadłeś – uśmiechnęłam się do niego, klepiąc miejsce na kanapie obok siebie. Blondyn bez zastanowienia opadł na miejsce obok mnie.
- Wino, hm? - spojrzał znacząco na butelkę – Nie mogło być tak źle, Dani.
- Nalałam i dla Ciebie – podałam mu kieliszek z winem, biorąc łyk ze swojego – Bardzo dobre. Z winiarni Andresa. Przywiózł mi chyba z dziesięć różnych rodzai. Będę to pić i pić.
- Wina od Andresa są przepyszne – pochwalił Nando, biorąc łyk trunku – Sam czasami proszę go by przysłał mi kilka kartonów – zaśmiał się, a w tym samym momencie na jego kolana wspiął się mój syn. Niby nic, gdyby nie fakt, że wtulił się w klatkę piersiową piłkarza, ssąc kciuka.
- Franek – chciałam go skarcić, ale Fernando mi przerwał.
- Nie mów nic – powiedział kolejno z przerwami, uśmiechając się do mnie szczerze.
- Jego pokój jest pierwszy po lewej – szepnęłam, kiedy z usypiającym na jego rękach Frankiem, Nando kierował się w kierunku schodów. Mój syn chyba czuł, że to jest właśnie on. Że to właśnie Fernando jest jego ojcem i z tym facetem powinien teraz spędzić wiele czasu, bo za niedługo znowu go opuści.
Wyczekując na powrót Fernando przerzucałam ze znudzeniem, znowu, kanały w telewizji. Wszystko było by w porządku gdyby nie fakt, że bałam się Jego pytań o Franco. Bałam się też, że może mieć do mnie pretensje o to, że nie powiedziałam mu wcześniej o istnieniu jego syna. Moje rozmyślania przerwał oczywiście powrót Fernando.
- Usnął. Opowiedziałem mu jeszcze historię Finału Ligi Mistrzów z maja i tak się cieszył wygraną razem ze mną, że usnął – usiadł obok mnie, nalewając sobie i mi kolejną porcję wina.
- Chyba czekał, aż przyjdziesz. Ze mną ni jak nie chciał usnąć – westchnęłam, biorąc łyk wina.
- Dani?
- Hmm? - spojrzałam na niego pytająco.
- Czy....bo ja zauważyłem pewne podobieństwo między mną a Frankiem – tutaj Nando się zawachał – I wydaje mi się, że....czy Franco jest moim synem? Jeżeli nie to zrozumiem.
- Fernando – zaczęłam z nutą zawahania – Na tych mistrzostwach wydarzyło się tyle rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Tak, Franco to twój syn.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś o tym wcześniej? - spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Nie chciałam Ci się wpierać z butami w życie. Dowiedziałam o ciąży po meczu 1/8 finału z Portugalią. Wtedy, kiedy złamałam rękę. Nie chciałam Ci mówić, by nie zakłócić twojego rodzinnego życia. Olalla była w ciąży z drugim dzieckiem. Po co ci do szczęścia ja? Franek urodził się dwa miesiące przed czasem. To wszystko było dla mnie inne, nowe. Bałam się tego a nie chciałam Cię zadręczać swoimi problemami.
- Daniela – powiedział dość oficjalnym tonem Fernando, odkładając nasze kieliszki z winem na stolik- Po tych mistrzostwach byłaś dla mnie jedyną rzeczą o którą chciałem walczyć. O rozwodzie zdecydowaliśmy wspólnie z Olallą już wcześniej. Ona wiedziała, że coś jest nie tak. Powiedziałem jej o wszystkim i o tym jak bardzo odmieniłaś moje życie – teraz byliśmy tak blisko. Ja i On. Daniela i Fernando. Czego chcieć więcej.
- Fern... - nie dokończyłam, ponieważ Fernando zamknął moje usta pocałunkiem. Tym pocałunkiem, którego najbardziej w tej chwili pragnęłam. Tęskniłam za nim, za jego ustami dwa lata. Odwzajemniłam go, przez co Nando dostał jasny sygnał – pragnęłam tego. Wplątałam dłoń w jego blond włosy, pogłębiając pocałunki. Czułam dłoń Fernando na swojej talii. Pragnęliśmy siebie nawzajem. Blondyn podniósł się z kanapy, biorąc mnie w swoje objęcia. Owinęłam się nogami w jego pasie, nie przestając całować. Piłkarz szedł na ślepo w kierunku schodów aż znaleźliśmy się w pokoju gościnnym. Miałam to gdzieś. Ważniejsze było to, że byliśmy tutaj razem. Tak bardzo stęsknieni za sobą z chęcią poznawania siebie od nowa.
Uczucie szczęścia wypełniało mnie od środka. Po raz pierwszy, od narodzin Franka znowu byłam pełna tego uczucia, którego mi brakowało. Oszukiwałam się, mówiąc, że jestem szczęśliwa mając tylko syna u swojego boku. Potrzebowałam szczęścia jakie daje uczucie miłości. Chociaż nie wiem czy nie mówię za dużo o tym co zrodziło się między mną a Fernando.
Przebudziłam się samotnie leżąc w wielkim łóżku. Dookoła były porozrzucane tylko i wyłącznie moje ubrania. W jednej chwili bańka mydlana pękła i wszystko powoli wracało do rzeczywistości. Fernando po prostu uciekł. Tak wywnioskowałam. Jednak cień mojej nadziei, że jednak jest tutaj zostawiła biała koszulka leżąca na fotelu, którą wczoraj dałam mu by ubrał. Spojrzałam na zegar ścienny, który wskazywał godzinę dziewiątą raną. Wszystko w porządku gdyby nie fakt, że Franek nie zaszedł do pokoju. Zwykle wstaje pierwszy i budzi wszystkich i wszystko na swojej drodze. Dlatego moi bracia nie wytrzymują u mnie dłużej niż tydzień. Podniosłam się z łóżka, zbierając swoje ubranie. Niepostrzeżenie przedostałam się do swojej sypialni, skąd wyciągnęłam jakieś ubrania, które nadawałyby się do pracy. Znikając za drzwiami łazienki, wzięłam szybki prysznic i ogarnęłam się do w miarę normalnej oglądalności. Niosąc torebkę i żakiet w ręku, zeszłam na dół, gdzie z kuchni roznosił się śmiech mojego syna i głos Fernando. Jednak został tutaj. Ze mną i ze swoim synem. Z wielkim uśmiechem malującym się na moich ustach, weszłam do kuchni.
- Patrz, kto tu nam wstał – jako pierwszy zauważył mnie Nando – Mieliśmy przynieść Ci śniadanie do łóżka, ale widzę, że wstałaś szybciej niż się spodziewaliśmy.
- Myślałam, że po prostu sobie poszedłeś – spojrzałam na niego ukradkowo, zasiadając przy stole.
- Franek mnie obudził – uśmiechnął się do mnie blondas, siadając z moim synem naprzeciw mnie. Tak bardzo pasowali do siebie. Franek był w wniebowzięty z tego powodu, że ma tak blisko ojca. Ja zresztą też cieszyłam się jego radością. Nic sobie nie robił z tego, że wstałam i chciałabym się z nim przywitać.
- Nie śmiałbym Cię zostawić – dodał po chwili ciszy Fernando, dotykając dłonią mojego policzka.
- Fernando?
- Tak?
- To co się stało....Niech na razie zostanie między nami. Po co mamy robić niepotrzebną sensację.
- O tym samym pomyślałem. Jednak obiecaj mi jedno – zmusił mnie, bym spojrzała w jego piękne, brązowe oczka – Wypełnimy wspólnie wszystkie dokumenty i pozwolisz mi by Franek nosił moje nazwisko. Dobrze?
- Masz do tego jak największe prawo – uśmiechnęłam się do niego, nachylając się i muskając przelotnie jego usta – Zrobię wszystko by Franco nosił twoje nazwisko.
- Jak brzmiało by jego imię z przekładem na hiszpański?
- Francesc Tito Bednarek Pique – wyrecytowałam niczym znany wierszyk, biorąc łyk pomarańczowego soku i zaczynając zajadać się pysznymi rogalikami.
- Francesc Tito Torres Bednarek – poprawił mnie Fernando. Uśmiechnęłam się do niego radośnie, tylko tyle potrzebowałam. Jego i swojego syna.


~*~

i mamy nowość! ;d nie podobają mi się te rozdziały które mam w wordzie. -,- są jakieś takie...ni w pionę ni w oko. takie....o. sobie są. mam nadzieje, że wam się spodoba. następny, jak mi się uda to w czwartek. wiecie, mam teraz urwanie głowy bo chrzciny się szykuję a mam być matką chrzestną. pierwszy raz! mam nadzieje, że podołam swojej roli. :)
do następnego! :)

piątek, 12 lipca 2013

Trzeci

Nie mogłem oderwać wzroku od młodego. Był tak bardzo podobny do...mnie. Tak, teraz zaczynam wszystko rozumieć. Tylko, że jeżeli wtedy, po finale Mistrzostw Świata w RPA doszło do TEGO i jest moim synem...czemu ma aż siedemnaście miesięcy. Obliczyłem wszystko, to jeszcze potrafię zrobić dobrze i wyszło mi, że powinien mieć czternaście miesięcy max. To wszystko było dla mnie dziwne, jednak Frankie był na tyle żywym dzieckiem, że nie mogłem go ani na chwilę zostawić samego.
Kiedy jaśnie pan Ramos wyszedł z łazienki zdziwił się widokiem blondasa.
- Ukradłeś? - powiedział rozbawiony, poprawiając swoje spodenki.
- Zaopiekowałem się – mruknąłem z irytacją – Powiedziałem Danieli, że i ty mi pomożesz dlatego pilnuj go a ja szybko się wykąpię.
- Ej, miałem inne plany! - rzucił z wyrzutem.
- Chwila. Kwadrans i jestem – westchnąłem, znikając za drzwiami łazienki.
Obawiałem się, że przez ten kwadrans coś na robią i okazało się, że tak było. Frankie zalał mój laptop piciem a Ramos ganiał jak kot z pęcherzem próbując coś zdziałać.
- Zostaw go i tak kupuję nowy – odezwałem się, a Ramos podskoczył przestraszony.
- Wiesz, ten młody ma więcej energii niż moja siostrzenica. Nie nadążam za nim!
- Przypomina mi kogoś – mruknąłem, bardziej do siebie niż do niego – Zresztą, nie ważne. Wezmę go na spacer, wybiega się, może trochę stonuje.
- Ale z ciebie ojczulek – zażartował Sergio.
- Dla Danieli wszystko – palnąłem od tak, w towarzystwie Frankie'go opuszczając pokój.
~**~



Ni jak nie mogłam skupić się na pracy. W głowie miałam tylko fakt, że mój syn jest w towarzystwie Fernando i miałam nadzieje, że się jeszcze nie pozabijali albo co gorsza Fernando nie zdębiał i podrzucił go komuś.
Podniosłam się od biurka, by wyprostować kości i chwilę odetchnąć. Podeszłam do okna a cudowny widok za nim urzekł mnie i moje serce. Fernando szedł za rączkę z moim synkiem, który opowiadał mu w swoim, dziecięcym języku a ten z przejęciem go słuchał. W jednej chwili zamarzyłam by było tak co dziennie i by Franek mógł opierać się na swoim ojcu tak jak ja mogę na swoim. Tylko czy Fernando by chciał? Przez siedemnaście miesięcy nie wiedział o istnieniu Franka a teraz? Teraz wszystko się zmieniło. Wie. Ale czy wie, że to jego syn?
W jednej chwili postanowiłam im potowarzyszyć. Z szybkością światła opuściłam gabinet, wychodząc na zewnątrz i doganiając ich.
- Widzę, że się dogadujecie – zagadnęłam, dorównując im kroku.
- Tak, Frankie z przejęciem opowiada mi...o czymś na pewno ciekawym – na twarz piegusa wpełzł wesoły uśmiech. Odwzajemniłam go.
- Tak, Franco uwielbia dużo gadać. Czasami wychodzą mu ciekawe słowa czy to po hiszpańsku czy polsku – ze skrępowaniem włożyłam ręce do kieszeni spodni, wystawiając twarz do słońca.
- Cudowny chłopiec. Tylko trochę energiczny. Aż za bardzo. Zostawiłem go na piętnaście minut z Sergio a ten o mało nie zszedł – zaśmiał się Fernando.
- Niestety trzeba mieć oko na Franka. Kiedy nie ma stałego zajęcia, ciężko go upilnować. Wiele razy mi coś nabroił.
- Dani, chciałbym się Ciebie o coś zapytać – oho, chyba nawet wiem o co. Boże, jak ja mam mu to wyjaśnić? Jednak naszą rozmowę przerwały znajome głosy, które dochodziły zza naszych pleców. Dobrze znałam te głosy. Odwróciłam się energicznie widząc nikogo innego jak wielkich nieobecnych tych mistrzostw – Villę i Puyola.
- Pani prezes, pokoje chcemy! - zawołał rozochocony David, na co ja się zaśmiałam.
- Jak dla was podwójna stawka! - odpowiedziałam im, wspólnie z Nando i Frankiem kierując się w ich stronę.
- Myślałem, że podwójnie zejdziesz z ceny – podrapał się po głowie Hiszpan, zaś Puyol namiętnie szukał coś w swojej torbie.
- Nie dla was– uśmiechnęłam się zadziornie – Chodź tu Villa, przywitaj się – wyciągnęłam ręce w jego kierunku a ten wziął mnie w swoje objęcia.
- O i jest nasz mały Bednarek – zawołał wypuszczając mnie z objęć, zaś w tej chwili porwał w nie mojego syna.
- Chyba zapomniałem suszarki – westchnął Puyol na co my zareagowaliśmy śmiechem.
- Pożyczę Ci swoją – uśmiechnęłam się do loczka.
Po powitaniu i krótkiej rozmowie z chłopakami wydałam im klucze do pokoi i wspólnie z Frankiem postanowiliśmy wrócić do domu. Piłkarze udali się na trening a ja miałam ochotę trochę odpocząć. Mój syn ni jak nie chciał puścić Fernando, z którym udał się na spacer, który przerwał przyjazd chłopaków. Wpakowałam piłkarzowi w ręce wózek by nie musiał w razie czego go dźwigać.
Z westchnieniem opadłam na kanapę znajdującą się w pokoju Franco. Byłam tak zmęczona, że nie zorientowałam się, kiedy zasnęłam. Mój przyjemny sen przerwał krzyk Gerarda i Fabregasa, którzy byli w tym rejonie. Moim rejonie. Podniosłam się niechętnie z kanapy, wchodząc do gabinetu, gdzie obaj piłkarze z radością oglądali coś w internecie.
- Co wy tu robicie? - spytałam, opierając się o framugę drzwi, spoglądając na nich wyczekująco.
- Ja wiem, kto jest ojcem Frankie'go! - palnął Cesc a mnie zmroziło – Spokojnie, sam się domyśliłem. Jak zobaczyłem młodego w łapskach Fernando...kobieto, ja wiem czemu on taki nieogarnięty jest. To tylko i wyłącznie gen Torresów tak działa – mądrzył się piłkarz, a ja miałam ochotę kopnąć go w czułe miejsce.
- Tylko nie biegaj i nie rozpowiadaj wszystkim. Wystarczy, że wy wiecie – podeszłam do nich, zbierając porozrzucane papiery do kupy.
- Masz to jak w banku. Nic a nic, cisza – przystawił palca wskazującego do ust.
- Cesc, chodź idziemy na trening – mruknął Gerard, klepiąc piłkarza po ramieniu.
- Już? - jęknął niechętnie Fabregas, podnosząc się z krzesła. W drodze do drzwi marudził coś pod nosem, a kiedy je otworzył natknął się na Fernando ze śpiącym Frankiem na rękach. Uśmiechnęłam się do nich czule, zaś moi goście byli zaszokowani.
- Idźcie już – ponagliłam ich, na co oni bez słowa opuścili mój gabinet – Długo śpi? - spytałam blondasa, zabierając od niego swojego syna.
- Ledwie opuściliśmy teren hotelu a on już spał – zaśmiał się blondas, zamykając za sobą drzwi.
- Czułam, że tak będzie. Przez całą noc nie spał, to teraz musi nadrobić – odparłam, kładąc syna w jego łóżeczku i wracając do swojego rozmówcy – Zmęczony? Trener mnie zabije, że obarczam Cię pilnowaniem mojego syna.
- Coś ty! Pilnowanie go to dla mnie przyjemność – uśmiechnął się znacząco, wkładając ręce do kieszeni spodenek – Daniela?
- Hm? - rzuciłam mu zdawkowe spojrzenie, nawet nie dostrzegając faktu, jak blisko mnie jest i praktycznie czuję jego zapach. Ten zapach, za którym przez ostatnie dwa lata tak bardzo tęskniłam. Fernando nie był mi obojętny nigdy. Znaliśmy się wcześniej, a na Mistrzostwach nasza znajomość rozwinęła się, raczej w złym kierunku. Ale gdyby nie to, nie miałabym tak cudownego i wspaniałego syna, poza którym świata nie widzę. Kocham go.
Poczułam jak Piegus dotyka swoją dłonią mojego policzka. Zmusił mnie bym na niego spojrzała. Na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech. W jednej chwili zapragnęłam by pocałował mnie tak jak kiedyś. Tęskniłam za jego ustami, dotykiem, uśmiechem i wszystkim co było związane z jego osobą. Nasze twarz dzieliły milimetry, jednak ostre pukanie w drzwi przerwało ten moment.
- Proszę! - zawołałam, odchodząc od Fernando i poprawiając swoją bluzkę.
- Jest u Ciebie Torres? - przez drzwi wychyliła się twarz Ikera.
- Jestem, już idę – warknął rozzłoszczony piłkarz, kierując się w stronę drzwi i opuszczając mój gabinet.
Żeby wyprowadzić Fernando z równowagi, trzeba naprawdę sił i determinacji. Może i piłkarz należy do tych, których przerasta energia ale nikt ani nic nie wyprowadzi go z równowagi by potem tego żałował.
O dziwo z pracą wyrobiłam się przed czasem. Franek spał w najlepsze dlatego stwierdziłam, że nie będę go budziła i sama chwilę odetchnę. Jak miałam cieszyć się obecnością piłkarzy tutaj, którzy są zarazem moimi przyjaciółmi skoro mam tyle pracy i problemów? Marzę, by wrócić do Madrytu, do rodziców i mieć gdzieś to wszystko. Wychować Franka na porządnego mężczyznę i być z niego dumna.
Tylko tyle w tej chwili pragnęłam.
- Mami – usłyszałam wołanie Franka. Uchyliłam powieki, widząc stojącego w łóżeczku blondasa z uśmiechem na ustach.
- Cześć przystojniaku – zaśmiałam się, podchodząc do niego i wyciągnęłam go – Idziemy zobaczyć jak wujek Gerard radzi sobie z piłką?
- Tia! - uradował się, skacząc na moich rękach. Zaśmiałam się wesoło, odrzucając żakiet, który był mi nie potrzebny i wspólnie z Frankiem opuściliśmy gabinet.
Dziś miał się odbyć pierwszy, otwarty dla kibiców trening. Na trybunach roiło się od kibiców i tych najmniejszych ale i tych największych, z radością oglądających swoich idoli. Weszliśmy z Frankiem od strony szatni, by nie pchać się poprzez trybuny. Franco w jednej chwili jakby go napakowali nową ilością energii, wręcz wyskoczył mi z rąk i wybiegł na murawę, przeciskając się między piłkarzami.
- Frankie! - zawołałam za synem, przez co zwróciłam swoją uwagę nie tylko piłkarzy ale trenera i kibiców. Mój syn nie robił sobie nic z tego, że nad jego głową latają piłki a któraś może go w końcu uderzyć, tylko biegł przed siebie aż wpadł w ręce Jordiego.
- Przepraszam za niego. Nie wiem co w niego wstąpiło – odezwałam się po hiszpańsku w kierunku trenera.
- Chyba lubi piłkę. Dobrze, może być wybitnie zdolny – na twarzy del Bosque pojawił się nikły uśmiech – Alba, odstaw dzieciaka tutaj! - zawołał, jednak mój syn był teraz w rękach Casillasa, z którym kopali piłkę. A raczej mój syn stanął na jedenastym metrze przed bramką, mając tą wielką, w porównaniu do jego wzrostu, piłkę przed malutkimi nóżkami. Iker udawał, że będzie bronił i pozwolił mojemu synowi wbić mu bramkę, co spotkało z aplauzem nie tylko od strony piłkarzy ale też ludzi obecnych na trybunach. Cieszyłam się, że Franco może mieć wsparcie wśród tak wspaniałych ludzi jakimi są ci piłkarze. Są dla niego pewnego rodzaju męskim wsparciem, którego nie może dostać ode mnie jako kobiety. To co, że pokażę mu świat piłki nożnej, skoro najlepiej jej filozofię rozumieją mężczyźni. Dziękowałam Bogu, że Frankie może liczyć na Ikera, Gerarda, Cesc'a czy innego piłkarza. Mimo że jest jeszcze dzieckiem, na pewno odczuwa brak ojca, jednak przy piłkarzach, którzy zachowują się jakby to był ich syn ta tęsknota za ojcem jest mniejsza.
- Cudowny jest ten dzieciak – odparował trener, a cały sztab łącznie ze mną spojrzał na niego ze zdziwieniem – No co? Młody ma zadatki na piłkarza – zaczął się tłumaczyć del Bosque.
- Jeszcze raz przepraszam, że Franco wpadł i skradł trochę cennego czasu – odezwałam się, uśmiechając się przepraszająco. W tym samym momencie przede mną stanął Ramos z moim synem na rękach.
- Przyprowadzaj go częściej – obrońca uśmiechnął się do mnie, puszczając mi oczko.
- Tylko i wyłącznie za zgodą trenera, Sergio – odwzajemniłam uśmiech, zabierając Frankie'ego z jego rąk.
- Masz inne zajęcia, Ramos. Wracaj do treningu – odparował trener, na co blondyn posłusznie udał się na murawę. 


~*~

obiecałam, że będzie w piątek i jest! ;) mam nadzieje, że się wam spodoba. ;d właśnie w wordzie tworze nowe opowiadanie o Mesucie Ozilu. nie wiem co z tego wyjdzie, jak na razie mnie rajcuje ten pomysł, ale pewnie nie długo. ;d pracuję nad nowymi rozdziałami Fernando i Danieli, tak więc nikt nie będzie poszkodowany. ;) kiedy następny? hm....w poniedziałek, co? ;d pasuje? ;d 

wtorek, 9 lipca 2013

Drugi


Franek przez całą noc dawał mi mocno popalić. Może dlatego, że rosną mu kolejne ząbki i przez to jest nieznośny. Jednak rano wrócił mój wesoły, pełen energii synek. Wspólnie zjedliśmy śniadanie składające się z naleśników z sosem truskawkowym – jego ulubionym. Po przepysznym śniadaniu niestety musiałam udać się do pracy, którego miałam zostawić pod opieką Anki.
W drodze do pokoju Franka zadzwonił mój telefon. Sięgnęłam do kieszeni swoich jeansów i wyciągnęłam go. Jako menedżer hotelu na którego mianował mnie ojciec, który nie przebywa w Polsce lecz mieszka w Madrycie wraz z mamą i trójką moich braci mogłam pozwolić sobie na odrobinę swobody. Może to brzmi banalnie – córka szefa sieci hotelów ma łatwiej – ja nie miałam. Zwłaszcza wtedy kiedy na świecie pojawił się Franek. Musiałam pogodzić rolę matki z rolą szefowej hotelu. Moi bracia woleli zająć się piłką nożną, niż hotelami ojca. Dlatego po ukończeniu studiów w Barcelonie przyjechałam do Polski rządzić jednym z jego hoteli.
Wracając jednak do telefonu, na wyświetlaczu pojawił się numer Anki. Przycisnęłam zieloną słuchawkę słysząc zachrypnięty głos dziewczyny.
~ Cześć Dani. Słuchaj nie dam rady dzisiaj zająć się Frankiem. Wczoraj chyba mnie przewiało i nie jestem w stanie ruszyć się z łóżka. Mam gorączkę i nie daję rady.
- Biedna. Pewnie, nie ruszaj się z domu a najlepiej idź do lekarza – powiedziałam ze współczuciem, wchodząc do pokoju syna i sadzając go na podłodze wśród misi. Podeszłam do szafy w poszukiwaniu jakiegoś ubrania dla Franka.
~ Przepraszam Cię bardzo. Nie miałam tego w planach – jej głos naprawdę brzmiał przerażająco.
- Rozumiem, nie denerwuj się kochanie. Wezmę Franka ze sobą. Poradzimy sobie – uśmiechnęłam się do słuchawki – A teraz leż i odpoczywaj. Ja sobie poradzę a jak nie to mam Gerarda. Do zobaczenia – pożegnałam się i rozłączyłam.
~*~

Od wczorajszego incydentu w pokoju nie mogłem myśleć o niczym innym jak tylko o niej. O jej pełnych, malinowych ustach, pięknych blond lokach i cudownych, błękitnych niczym lazur oczach. Wypuściłem ją dwa lata temu ze swoich rąk a teraz, kiedy myślałem, że wszystko naprawię, znajdę ją i powiem jej o swoich uczuciach okazuje się, że ma dziecko i prawdopodobnie faceta swojego życia. Znalazłem ją przypadkiem, ale niechciane dowiedziałem się o jej dziecku. Czy warto wejść jej teraz w drogę? A może warto spróbować i powiedzieć o uczuciach by potem tego nie żałować?
Moje rozmyślania przerwał Sergio, który wpadł do pokoju.
- Ubieraj się, idziemy pobiegać. Rozkaz od góry – zakomunikował mało entuzjastycznie, zaglądając do szafy.
- Tylko my? - spojrzałem na Ramosa, który krążył dookoła jak oparzony.
- Ty, ja, Pique, Fabregas, Cazorla i Andres – nikt nie miał na tyle odwagi zwracać się do Andresa po nazwisku. Tak samo do Xaviego.
- Czemu akurat tak? - próbowałem go zrozumieć, ale nie wychodziło mi to.
- Trener tak zdecydował. Mamy pobiegać po okolicy z trenerem od przygotowania fizycznego – chcąc nie chcąc musiałem się z nimi udać na to bieganie.
Przebrałem się w dresowe spodenki z herbem Hiszpanii, koszulkę Nike, naciągając na nogi adidasy. We dwoje z Sergio zeszliśmy po schodach na dół, gdzie pod nogi wpadło mi coś. Kiedy tylko pochyliłem się by sprawdzić co to, podbiegła do nad Dani zabierając sprawcę zamieszania spod moich nóg.
- Franuś – mruknęła do blondasa, który wsadził paluchy do buzi i zaśmiał się wesoło – To nie jest śmieszne, młodzieńcze. Dzisiaj jesteśmy we dwoje i musisz się mnie słuchać.
- Brat? - rzucił zdawkowo Sergio, uśmiechając się do chłopca, który zaczął go zaczepiać.
- Syn – powiedziała Dani, na co ja głośni przełknąłem ślinę – Ma na imię Francesc ale wszyscy mówią na niego Frankie albo Franco. Ja mówię na niego Franek, po polsku.
- Cześć Frankie. Będę mówił mu Frankie, łatwiej do wypowiedzenia – obrońca reprezentacji posłał jej ten swój markowy uśmiech na który leciała każda baba która była obok. Dani niepewnie uśmiechnęła się do niego.
~*~

Franek był dzisiaj naprawdę nieznośny. Może dlatego, że był w swoim ulubionym miejscu? Kiedy tylko przyjeżdżał tutaj z Anką czy ze mną dostawał wariacji. W drodze powrotnej do domu zwykle zasypiał. Tutaj miał pole do popisu – kilka boisk, dużą przestrzeń i dużo zainteresowanych nim osób. Raj dla niego. Franek uwielbia być w centrum uwagi. Teraz kiedy w hotelu byli piłkarze...
- Kogoś mi przypomina... - zagadnął Sergio, a ja rzuciłam zdawkowe spojrzenie Nando.
- Oczywiście, że mamusie – zaśmiałam się nerwowo, odrzucając blond loki do tyłu – Przepraszam was, ale muszę iść. Widzę, że i wy musicie gdzieś iść więc wam z Frankiem nie przeszkadzamy. Do zobaczenia!- pożegnałam się pospiesznie i z synem na rękach pokierowałam się do swojego gabinetu. Dzięki hojności ojca mogłam spokojnie małego zostawić w pokoju obok, gdzie miał telewizję, masę zabawek i swoje łóżeczko gdyby zachciało mu się spać. Wiedziałam, że teraz mam kilka godzin spokoju i mogę zająć się pracą.
Miliony cyferek, miliony telefonów – to co 'uwielbiam' najbardziej. Praca jako prezesa hotelu albo jak kto woli menedżera nie jest łatwa. Co prawda mam wielu ludzi pod sobą, którymi mogłabym obarczyć swoimi obowiązkami, jednakże obiecałam ojcu, że będę dbała o niego osobiście i to robię. Staram się przynajmniej.
- Mami – z wiru liter, które miałam przed oczami i układały się w wyrazy tworzące zdania, wyrwał mnie głos mojego synka.
- Co się stało kochanie? - spojrzałam na niego z czułością, głaszcząc go po blond czuprynie. Co jak co, ale kolor włosów ma po mnie. Choć z twarzy przypomina ojca, coś udało mu się odziedziczyć po matce. Niektórzy mówią, że nawet uśmiech ma mój! Brawo dla moich genów, które się nie poddały. Po co po świecie ma chodzić jeszcze jeden Torres?

- Am – przytulił się do moich kolan, wyjawiając co tak naprawdę potrzebuje.
- Chodź, pójdziemy do Igora. Może ma dla nas coś dobrego – z Frankiem porozumiewałam się w hiszpańskim i polskim. Nie chciałam by zapominał kim jest w obu połowach. Dlatego dbałam o to by znał płynnie hiszpański i polski.
Wzięłam syna na ręce, opuszczając gabinet. Przeszliśmy duży hol, jadalnie i wkroczyliśmy do kuchni, gdzie piątka cudownie gotujących ludzi tworzyła cuda. Uwielbiałam kuchnię Igora. Pozwalał on też swoim pomocnikom na odrobinę fantazji przez co dania były wyśmienite. Wśród nich jednak zakręcił się też kucharz reprezentacji Hiszpanii.
- Kogo my tu mamy? Przyszły piłkarz – uradował się na nasz widok Igor – No i jego cudowna mamusia. Co się stało?
- Franuś jest głodny – pogłaskałam małego po plecach – Masz coś dobrego i dla niego i dla mnie? Sama przy tych papierkach zgłodniałam.
- Oczywiście – pokiwał głową brunet – Mam zupę pomidorową, w przygotowaniu puree i sos. Chciałem ugościć piłkarzy ale Gonzalo mi nie pozwala – westchnął ociężale, krążąc wokół garnków.
- Co się przejmujesz? I tak przyjdą się porządzić i dogodzić wieczorem. Oni uwielbiają nocne schadzki w kuchni – zaśmiałam się, sadzając małego przy stole.
- Wiem, byli tu już raz. Jeden nawet próbował coś po polsku sklecić ale nie za dobrze mu szło – wykrzywił usta w grymasie, podając talerz mi i mojemu synowi.
- Zapewne Gerard, mój kuzyn i chrzestny Franka. Najlepiej po polsku wychodzą mu przekleństwa – zaśmiałam się, pomagając synkowi w jedzeniu jak i dmuchając by nie było za gorące.
- Możliwe. Najedli się i wtedy dopiero poszli spać. Śmiałem się z nich bo cieszyli się jakby pierwszy raz jedli coś takiego.
Po przepysznym obiedzie Franek wrócił do pełni sił. Zaczął wariować, biegać po całym hotelu. Nie nadążyłam za nim, dlatego ucieszyłam się, kiedy wpadł w łapy....Fernando. Chociaż może i nie do końca. Moje serce zabiło dwa razy szybciej i mocniej, czułam jak obija się o moją klatkę piersiową, chcąc z niej wyskoczyć. Próbowałam jak najspokojniej i bez stresu podejść do niego i odebrać chłopca.
Tuż obok niego zmaterializował się Trener del Bosque. Teraz musiałam być naprawdę bardzo profesjonalna.
- Dzień dobry trenerze – przywitałam się, z uśmiechem i delikatnym skinięciem głowy.
- Witam panią prezes – mężczyzna odwzajemnił uśmiech, spoglądając na piłkarza z chłopcem na rękach – Torres czyje ty dziecko znowu obracasz? - rzucił w kierunku chłopaka na co ja zaśmiałam się.
- Moje – powiedziałam a uśmiech nie schodził mi z twarzy – Frankie na pewno zaczepił Fernando. Uwielbia nowych ludzi i kiedy wszyscy zwracają na niego swoją uwagę.
- Bardzo podobny do Pani. Torres, zostaw to dziecko i idź się wykąp. Wieczorem mamy trening – zakomunikował del Bosque i zniknął nam z pola widzenia.
- Ile ma?
- Siedemnaście miesięcy – odparłam, unikając jego pięknych, brązowych oczu. Nie nalegałam na kontakt wzrokowy. Nie chciałam.
- Masz kogoś? - wypalił blondyn a ja spojrzałam na niego jak na idiotę. Serio? O tym chce ze mną rozmawiać?
- Przy tylu obowiązkach i zajęciach nie mam czasu na to by z kimś być, Fernando – powiedziałam spokojnie – Moim mężczyzną jest Frankie i to się nie zmieni – dodałam, wyciągając ręce w kierunku chłopca, który za nic nie chciał ze mną iść.
- Ja i Olalla rozwiedliśmy się – ciągnął dalej temat, a ja jakoś nie miałam ochoty rozmawiać o związkach, jednak postanowiłam go wysłuchać – Dzieciaki zostają ze mną, bo...Olalla jest ciężko chora. Nie chciała by dzieci widziały ją w takim stanie. Wyjeżdża na turnus lecznicy do Włoch na pół roku – w tej chwili zrobiło mi się go naprawdę szkoda. Tyle złego wydarzyło się w jego życiu a on nadal robi to co kocha, gra w piłkę. Spojrzałam na niego ze współczuciem.
- Nie wiedziałam – szepnęłam – Ale, skoro ona jest chora...czemu zgodziłeś się na rozwód?
- To wszystko wyszło w trakcie rozprawy rozwodowej. To była nasza wspólna decyzja, ten rozwód. Rozstaliśmy się w miłych stosunkach – widziałam, że ten temat przynosi mu ból, dlatego zdecydowałam się nie ciągnąc tego tematu.
- Przykro mi – poklepałam go po ramieniu – Jeżeli będziesz chciał pogadać czy coś, wiesz gdzie mnie znaleźć. Franek, chodź – wyciągnęłam ręce w kierunku syna, który wtulił się w ramię Torresa.
- Chyba idzie ze mną – zaśmiał się blondas.
- Nie żartuj sobie, młody. Idziemy, mama ma dużo pracy – czekałam dalej aż jednak może przyjdzie mi na ręce.
- Masz dużo pracy? To ja się nim zajmę. Wiesz do wieczora mamy trochę czasu, a ty spokojnie popracujesz i zrobisz co swoje – zaproponował Fernando. Jak by nie było jest jego ojcem, mimo że tego nie wie. Ale czy to był dobry pomysł.
- Mógłbyś? Już raczej ma dość bajek i swoich zabawek – wypaliłam. Pod wpływem impulsu postanowiłam się zgodzić! Będę tego żałowała, oj będę.
- Pewnie. Sergio mi pomoże – zaśmiał się blondas – To co młody, idziemy do mnie, pogramy, pooglądamy coś.
- Tia – kiwnął głową uradowany Franek i oboje z Fernando zniknęli w windzie.


~*~
Przepraszam! Rozdział miał być w niedziele a wyszło nie po mojej myśli. -,- dobrze, że mam w zapasie kilka to nie muszę się na razie męczyć. trochę się narobiło i teraz na razie mam mało czasu. następny w piątek, obiecuję! :)

piątek, 5 lipca 2013

Pierwszy

5 czerwca 2012, Gniewino


Spokojnie, to tylko ludzie. Zwykli ludzie – powtarzałam sobie w myślach, nerwowo stukając obcasem o drewnianą podłogę w holu. Jako szefowa hotelu Mistral muszę zadbać o dobre przyjęcie Reprezentacji Hiszpanii, z którą będę się zmagać najbliższy rok. Niektórych znałam i to bardzo dobrze. Zwłaszcza Gerarda, który jest moim kuzynem i często się widujemy. Dzięki niemu umiem kataloński. Spojrzałam na zegarek na nadgarstku, kiedy do moich uszu dotarł radosny głos Hiszpanów i dźwięk zatrzymującego się autokaru. Stanęłam wyprostowana, poprawiając swój galowy ubiór, odrzucając tym samym blond loki do tyłu. Zaczyna się.
Jako pierwszy w drzwiach stanął trener a tuż za nim cały sztab szkoleniowy i piłkarze w przepięknie skrojonych garniturach z herbem Hiszpanii. Mimowolnie uśmiechnęłam się, gdyż naprawdę bardzo szanowałam trenera Vincente del Bosque.
- Dzień Dobry, witamy w hotelu Mistral – powiedziałam z rodowitym, hiszpańskim akcentem. Języka nauczyłam się dzięki matce, która jest Hiszpanką, przez co często jeździliśmy do tego kraju w odwiedziny do dziadków.
- Bardzo dobrze mówi pani po hiszpańsku – odpowiedział mi z delikatnym uśmiechem trener.
- Dziękuje – skinęłam głową, obracając się w kierunku recepcjonistki, Anety – Aneta, rozdaj karty do pokoi – zwróciłam się do niej po polsku.
- Pan i reprezentacja jak i sztab szkoleniowy zajmiecie piętro drugie – zwróciłam się na powrót do trenera jak i sztabu szkoleniowego, kierując się w stronę windy.
- Słyszeliście, drugie! - wrzasnął któryś z piłkarzy, którzy z radością pięcioletnich dzieci dopadli się do trzech kolejnych wind.
Do jednej windy razem ze mną wszedł trener, jego asystent, kobieta ze związku piłkarskiego i część sztabu. Wjeżdżając objaśniłam im wszystko, przedstawiłam zawartość pokoi, ich obsługę. Miło było znowu pomówić po hiszpańsku. Uwielbiam ten język. Zresztą Polski też jest językiem, którym bardzo lubię się posługiwać, ale polski mam na co dzień, a hiszpański – nie.
Na korytarzu panował raban i tłok. Piłkarze kłócili się kto z kim śpi w pokoju. To chyba standard. Przeciskałam się między nimi niczym w zatłoczonym autobusie miejskim, wpadając na coś. Jednak nie upadłam bo to 'coś' złapało mnie w pasie i postawiło na nogi.
- Daniela, patrz pod nogi – kataloński. Gerard.
- Ty sobie uważaj, Pique. To ty mi pod nogi wlazłeś – powiedziałam w tym samym języku, poprawiając swoją marynarkę – Boże, że Ciebie powołali na te mistrzostwa – wywróciłam teatralnie oczami.
- Miłe przywitanie. Jak zwykle – zironizował Pique.
- Geri – zaśmiałam się, przytulając się do niego – Witaj w Polsce, łajzo – poczułam jak i on łapie mnie w swoje ramiona a ja tracę grunt pod nogami. Tak, mój ciężar nie przeszkadzał takiemu wielkoludowi.
- Jak mój chrześniak, hm? Dawno go nie widziałem – wypuścił mnie z objęć, lustrując mnie wzrokiem.
- Franek? Bardzo dobrze. Mówi już pojedyncze słowa, gaworzy, dokucza...wszędzie go pełno. Taki mały Pique – uśmiechnęłam się, na samo wspomnienie o swoim półtorarocznym synku, który jest oczkiem w głowie nie tylko moim ale i też Gerarda. Gerard nie cierpi kiedy mówię do niego Franek. Mój syn po spolszczeniu imion nazywa się Franciszek Tymoteusz Bednarek Pique. Gerard woli nazywać go Frankie albo Franco. W przekładzie na hiszpański mój syn nosi imiona Francesc Tito. Wszystko właśnie przez Gerarda i Cesc'a, którzy poszli za mnie do urzędu. Tak, oboje byli przy mnie i narodzinach mojego syna, który urodził się w Barcelonie. Do dziś pamiętam ten dzień, bo wtedy też Gerard chciał wprowadzić cały skład FC Barcelony do szpitala. Mówiłam im by zapisali Franka jako Alvaro. Pozwól im coś zrobić...
- Liczę, że przez ten miesiąc chociaż raz mi go przyprowadzisz. Mam prezent dla niego.
- Mam się bać?
- Nie – pokręcił głową Gerard- To tylko koszulka Barcy, Reprezentacji i kilka gadżetów. Wiesz, wujek Gerard musi zadbać o to by jego rodzina mogła mu dogodnie kibicować.
- Zapewne nie obędzie się bez jego przyjazdu tutaj – zaśmiałam się – A teraz pozwól, że udam się pracować dalej. Wy się tutaj ogarnijcie i zróbcie ze sobą coś, a ja idę na dół. Spotkamy się przed hotelem. Pokażę wam całą infrastrukturę.
- Przywieź mi Frankie'go a nie! - zawołał za mną a ja zaśmiałam się pod nosem, znikając za drzwiami windy.
Po całej prezentacji hotelu i infrastruktury, mogłam spokojnie odetchnąć. No w miarę spokojnie, bo okazało się, że jeden z pokoi ma problemy z telewizorem. A raczej osoby, które go zamieszkują. Miałam już iść do domu, do Franka ale musiało coś wypaść. Z małym rozdrażnieniem wspięłam się po schodach na drugie piętro, podchodząc do drzwi pokoju dwadzieścia trzy, pukając kilkakrotnie. W drzwiach stanął nie kto inny jak Fernando Torres. Niby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że był w samych spodenkach a jego ciało było wilgotne od wody. W jeden ręce trzymał ręcznik, którym suszył włosy. Moje serce mimo wszystko mocniej zabiło.
- Słyszałam o problemach z telewizorem – odezwałam się dość oficjalnie, zaciskając dłoń w pięść.
- Tak – pokiwał głową blondyn – Coś przerywa i obraz jest niestały. Sergio chciał się sam tym zająć, ale mu nie pozwoliłem – wyjaśnił, wpuszczając mnie do środka.
- Dobrze, że się za to nie brał bo musiałby płacić, jakby się coś stało – podeszłam do telewizora wiszącego na ścianie, zaczynając sprawdzać wszystkie kable i inne duperele. Nie znam się zbyt dobrze na tym, dlatego od razu postanowiłam wezwać kolesia od kablówki.
- I co? - spytał w końcu, obserwując mnie cały czas odkąd tu weszłam.
- Za godzinę będzie monter i się wszystkim zajmie – wyjaśniłam, odwracając się w jego kierunku – Musicie wytrzymać.
- Dobrze – blondyn uśmiechnął się do mnie niepewnie. Między nami zapanowała cisza. Cisza, która zabijała mnie od środka. Wręcz czułam jak każda komórka ciała obumiera bo on jest tutaj.
- Daniela – wymruczał moje imię, podchodząc do mnie powoli i nie odrywając ode mnie wzroku – Nie odzywałaś się do mnie od czasu tego incydentu na Mistrzostwach Świata – stał na tyle blisko bym mogła poczuć jego oddech na swojej szyi.
- Miałeś inne problemy niż mnie. Masz żonę, dzieci...to była tylko przygoda – odparłam, spuszczając głowę.
- Dla mnie było to coś więcej niż przygoda, Dani – dotknął mojego policzka dłonią, zmuszając mnie bym na niego spojrzała. Czułam dokładnie to samo co wtedy. Przyjemny dreszcz, chęć pochłonięcia się w to dogłębnie. Sama nie mogłam wyjaśnić sobie fenomenu Fernando Torresa. Nie chodzi o to, że jest piłkarzem do bani(jest świetnym piłkarzem), ale sam fakt, że działa tak na mnie. Wtedy na Mistrzostwach Świata w RPA, oboje byliśmy pijani ale ta chemia już wcześniej w nas się pokazała. Teraz powróciła ze zdwojoną siłą.
Spojrzałam w jego przepiękne, czekoladowe oczy, które wyrażały tęsknotę, ale też bezsilność. Coś było nie tak a to było dobrze wymalowane na jego twarzy. Blondas zbliżył swoją twarz do mojej a nasze usta dzieliły milimetry. Oboje tego pragnęliśmy, jednak po pokoju rozniósł się dźwięk mojego telefonu. Z delikatnym skrępowaniem sięgnęłam do kieszeni żakietu, wyciągając go. Na wyświetlaczu widniała twarz Anki – mojej przyjaciółki a zarazem opiekunki mojego syna.
- Tak? - powiedziałam po polsku, dość niepewnie. Nando rzucił mi tylko pełne rozczarowania spojrzenie i podszedł do swojego łóżka, na którym leżała walizka.
~ Jesteśmy w Frankiem na dole i jakiś Hiszpański piłkarz próbuje mi go zabrać! - pisnęła Anka, na co ja zaśmiałam się wesoło.
- To Gerard Pique, jego chrzestny. Możesz spokojnie mu go dać. Albo nie! Poczekajcie na mnie. Zna angielski, dogadacie się – powiedziałam pospiesznie, rozłączając się – Przepraszam Cię, ale muszę iść – rzuciłam piłkarzowi ukradkowe spojrzenie, po czym z prędkością światła opuściłam jego pokój.
Zeszłam na dół jak szybko byłam w stanie, ponieważ służbowy strój nie należał do wygodnych i elastycznych. Mój mały brzdąc siedział na rękach Gerarda, który próbował go nauczyć hymnu Barcelony. Franuś jednak miał to gdzieś i targał wujka za włosy.
- Nic nie mogłam zrobić. Wręcz mi go wyrwał – powiedziała bezradnie Anka, wskazując na tą dwójkę.
- Spokojnie, nic się nie stało. To jest Gerard, mój kuzyn do spokojnych osób nie należy – zaśmiałam się, siadając obok nich.
- Boże, kto jest ojcem tego dziecka?! Przecież ja go uczę śpiewać a on mnie maltretuje – jęknął Gerard, puszczając mojego syna, który udał się do jadalni do reszty piłkarzy, gaworząc do siebie i obijając się o ściany. Franek jest wcześniakiem, urodził się w siódmym miesiącu ciąży przez co szybciej zaczął chodzić i rozwijać się. Mój syn ma siedemnaście miesięcy i jest cudowny. Wiem, że każda matka to mówi ale Franuś to uroczy, wykazujący zainteresowanie piłką nożną, mały mężczyzna.
- Jakbyś nie wiedział – spojrzałam na niego pobłażliwe, podnosząc się z miejsca – Ania, możesz już jechać. Ja jestem po pracy tak więc już zajmę się Frankiem. Pewnie masz wiele własnych spraw – uśmiechnęłam się do brunetki, która nie wiedziała co zrobić. Iść za Frankiem czy nie.
- To co, jutro od 7 rano? - spytała mnie.
- Tak, jeżeli tylko możesz. Po całym tym wariactwie z Euro 2012 biorę wolne i jedziemy z Frankiem na wakacje. A teraz uciekam, bo mi syn gdzieś wsiąkł. Pa! - dodałam pospiesznie i udałam się za swoim synem do stołówki.
- Jaki słodki! - usłyszałam głos Ramosa.
- Proszę się rozejść, to mój chrześniak! - tak, to był Cesc.
- To nie jest twój chrześniak – zwrócił mu ktoś uwagę.
- Jestem jego drugim ojcem chrzestnym, ciecie – wypalił Fabregas na co wszyscy się zaśmiali.
- To mój mężczyzna – odezwałam się po hiszpańsku, zabierając swojego syna z towarzystwa piłkarzy.
- Dani, w końcu się pojawiłaś! - zawołał Fabregas, który przytulił mnie na powitanie na co ja to odwzajemniłam.
- Cały czas byłam, tylko mnie nie zauważyłeś – stwierdziłam z uśmiechem.
- Zauważyłem. Takiej piękności nie da rady nie zauważyć – poruszył znacząco brwiami, na co wszyscy zareagowali gwizdem.
- Przypominam Ci, że jesteś zajęty – spojrzałam na niego znacząco – A teraz pozwólcie że udam się do domu pomieszkać trochę z synem. Do zobaczenia jutro.

~*~

taki początek. ;) mam nadzieje, że w miarę rozwinie się ta historia i wgl skończę ją tak jak planowałam. ;d 
do następnego. następny...w niedziele? tak w niedziele. ;)

środa, 3 lipca 2013

Oni.

Daniela Sofia Bednarek Pique 



(ur. 30 czerwca 1987 roku, Barcelona, Hiszpania)

Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już 
samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane.
Ja również jestem istotą skomplikowaną samą w sobie. 


Fernando Jose Torres Sanz 


(ur. 20 marca 1984 roku, Madryt, Hiszpania)

Życie? Ciężki kwadrans złożony z uroczych chwil. 


Franciszek Tymoteusz Bednarek Pique


(ur.4 stycznia 2011 roku, Barcelona, Hiszpania)

Dziecko jest chodzącym cudem, jedynym, wyjątkowym
i niezastąpionym. 



La Roja


Logika zabija życie.